Azja-Pacyfik

Hillary Clinton w Birmie-Myanmar (dodano 2011-12-07)

Takiego scenariusza jeszcze przed kilkoma miesiącami dosłownie nikt nie przewidywał. Kiedy po zmanipulowanych wyborach 7 listopada 2010 r., zbojkotowanych przez opozycyjną Ligę na Rzecz Demokracji (NLD), za co została zdelegalizowana, generałowie i pułkownicy przebrali się w cywilne ubrania, wszystko zdawało się być po staremu. Kiedy nowy prezydent państwa, Thein Sein, osoba nr 4 i premier w poprzedniej juncie o nazwie Państwowa Rada Pokoju i Rozwoju 30 marca 2011 r. zapowiedział daleko idące reformy i „demokratyzację” kraju, nikt mu nie wierzył. Wyglądało na to, że to jeszcze jedno puste zapewnienie. O tym, że nic się nie zmieniło zdawał się dowodzić także akt łaski nowego prezydenta z 16 maja, kiedy to z więzień wyszło 14 600 osób; tyle że byli to pospolici przestępcy, a nie - szacowani na ponad 2 tys. - więźniowie polityczni.

O tym, że tym razem dochodzi nie tylko do fasadowych zmian, dowodziła dopiero seria wydarzeń począwszy od sierpnia. Prezydent Thein Sein na posiedzeniu Hluttaw (parlamentu) 17 sierpnia po raz kolejny opowiedział się za „głębokimi reformami”, a nawet zaapelował do licznej diaspory, by wracała do kraju (jak na ironię, odpowiedzieli tylko dawni komicy na wygnaniu w tajskim mieście Chiang Mai; inni, pomni gorzkiej przeszłości, nie poszli, jak dotąd, w ich ślady). W dwa dni później prezydent zaprosił do nowej stolicy Naypyidaw liderkę zdelegalizowanej NLD Aung San Suu Kyi i tam, pod portretem ojca noblistki, twórcy birmańskiej niepodległości gen. Aung Sana rozmawiali przez ponad godzinę, co, naturalnie, zostało zrelacjonowane przez oficjalne media, w których Aung San Suu Kyi dotychczas miała status persona non grata. 30 września prezydent, powołując się, co też było bezprecedensowe, na „wolę ludu”, wstrzymał inwestycję zapory wodnej budowanej przez Chińczyków na górnym biegu rzeki Irrawaddy (Ayerawaddy). Opiewała na sumę 3,4 mld dolarów, w tym biednym państwie wręcz niewyobrażalną. Wtedy stało się jasne, iż tym razem chyba jednak chodzi o coś głębszego. Czyżby to wreszcie była prawdziwa zmiana w kraju brutalnej dyktatury, która wkroczyła do tego kraju wraz z zamachem stanu gen. Ne Wina z marca 1962 r. i na dobre się w nim zadomowiła?

Na procesy wewnętrzne nałożyła się bezprecedensowa aktywność nowej administracji na arenie międzynarodowej. Rozpoczął serię amerykański senator John McCain na przełomie czerwca i lipca, w ślad za nim poszli ministrowie Spraw Zagranicznych Australii Kevin Ruud (b. premier) oraz nieco później Indonezji - Marty Natalegawa. Ten ostatni przybył po to, by na miejscu sprawdzić, czy Republika Związku Myanmar jest godna przejęcia sterów w ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej), o co obecna administracja w Naypyidaw zaczęła się ubiegać. Ocena była widać pozytywna, bowiem szczyt ASEAN na wyspie Bali 19 listopada ogłosił, że Birma-Myanmar w 2014 r. będzie przewodziła temu ugrupowaniu, zamiast planowanego Laosu.

Drugi nurt tych starań, to bezprecedensowe zbliżenie z USA. Przedstawiciel amerykańskiej administracji odpowiedzialny za ten kraj Derek Mitchell udał się tam kilkakrotnie, za każdym razem rozmawiając z władzami oraz Aung San Suu Kyi. W rezultacie w pierwszych dniach grudnia „historyczną” wizytę w tym kraju złożyła amerykańska sekretarz Hillary Clinton. „Historyczną” z tego powodu, że poprzednim amerykańskim sekretarzem stanu, który odwiedził ten kraju był John Foster Dulles w… 1955 roku!

O co w tym wszystkim chodzi? I ku czemu te zmiany mogą prowadzić? Takie pytania zadają sobie dosłownie wszyscy. Oczywiście, nadal jesteśmy skazani na domysły i przypuszczenia, bowiem władze w Naypyidaw ciągle przejrzyste nie są, a ich intencje i zamiary są nieznane. Pozostaje nam wierzyć w zapewnienia takie, jakie poczynił w rozmowie Hillary Clinton szef niższej izby Hluttaw, Thura Shwe Mann, kiedyś nr 3 w juncie, mówiąc: „Tworzymy historię. Będziemy kontynuowali nasze dzieło, te reformy są nieodwracalne”.

Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że byli dyktatorzy, odgrywający teraz rolę demokratów, po prostu przestraszyli się przebiegu „bliskowschodniej wiosny” w 2011 r. i losów Mubaraka oraz Kaddafiego, więc poluzowali własną politykę. Być może jest to teza uzasadniona, ale bardziej prawdopodobne zdaje się być twierdzenie, iż nawet władze w Birmie uświadomiły sobie, że uzależnienie tego kraju od Chin, stale rosnące, jest już zbyt głębokie i stanowi zagrożenie dla jego suwerenności. Stąd ta geopolityczna rozgrywka - z Amerykanami. Dalszy przebieg wydarzeń potwierdzi lub obali tę tezę.

Jest natomiast pewne, że Birma-Myanmar wkroczyła w zupełnie nowy etap swej historii. Wypuszczono już ponad 200 więźniów politycznych, a dalsi mają być wypuszczani. NLD umożliwiono powrót na polityczną scenę, a Aung San Suu Kyi nie wyklucza startu w nowych, uzupełniających wyborach, co oznaczałoby prawdziwą zmianę systemu politycznego. Zaczęła nawet działać, złożona w większości z emerytowanych osób o dużym dorobku i społecznym zaufania, krajowa Komisja Praw Człowieka. Zaczynają być podpisywane rozejmy z mniejszościami narodowymi, bowiem niektóre z nich (Szanowie, Kareni, Wa czy Kaczinowie) były dotąd w stanie wojny z władzami centralnymi. Podstawowy problem tkwi w tym, że nadal towarem najbardziej deficytowym w Związku Myanmar pozostaje społeczne zaufanie. Nawet tak daleko idące zmiany nie przełamały społecznej nieufności, czemu nawet trudno się dziwić po tak trudnych i tak długich, smutnych doświadczeniach.

Konkluzja stąd taka: Republika Związku Myanmar, dotychczas państwo upadłe i odrażający parias odizolowany od zewnętrznego świata, nagle stała się niezmiernie interesująca. Aung San Suu Kyi staje przed najtrudniejszymi politycznymi wyborami w swoim życiu. Dopiero historia właściwie oceni intencje obecnych władz - czy kierują się tylko doraźnymi celami (np. chcąc wyjść z międzynarodowej izolacji), czy też stoi za tym wszystkim szczery zamiar reform i zmian. W obu przypadkach, warto się temu procesowi uważnie przyglądać.

Redakcja: azjapacyfik@swps.edu.pl. Wykonanie strony: Stanisław Meyer, stan.meyer@uj.edu.pl.