Azja-Pacyfik

Katastrofalna powódź w Tajlandii (dodano 2011-11-13)

Pod koniec pory monsunowej 2011 r. cztery państwa Azji Południowo-Wschodniej, Birma-Myanmar, Tajlandia, Kambodża i Wietnam zostały ciężko doświadczone powodzią. Najbardziej dramatyczny wymiar przybrała ona w Tajlandii. Zalany obszar stale powiększał się już od końca lipca, począwszy od północy kraju i środkowego biegu najważniejszej rzeki w państwie Chao Phraya. W październiku fala doszła na południe, zalewając - na wiele tygodni - najpierw starą stolicę (1351-1767) Ayutthaya, a następnie Bangkok.

Powodzie w Tajlandii nie są niczym nadzwyczajnym. Poprzednio przez kraj ten wielka fala przechodziła w latach 1983, 1995 i 2007. Trudny pod tym względem był również rok 2010. Największa z dotychczas notowanych powodzi przeszła przez Tajlandię w roku 1942, ale kraj był wówczas zacofany i nieuprzemysłowiony, toteż poniesione straty były nieporównywalne.

Faktem jest nasilenie się tych powodzi w ostatnich latach. W opinii większości obserwatorów i ekspertów należy to wiązać z dwoma zjawiskami: 1. Bezprecedensową wycinką tropikalnych lasów (w początkach lat 50. ub. stulecia jeszcze ponad 70 proc. powierzchni kraju było pokryte dżunglą, w początkach lat 90. już tylko niespełna 20 - i tak pozostało do dziś); 2. Ociepleniem klimatu. Z obydwu tych powodów powódź w Tajlandii ma więc znacznie szerszy, ogólnoludzki wymiar i przesłanie: o przyrodę należy dbać, jej niszczenie pociąga za sobą straszliwe skutki.

Kataklizm tych rozmiarów wpłynął na sytuację polityczną w kraju. Władze - centralne i lokalne - zbyt długo ignorowały zagrożenie, a gdy już przyszła powódź - podzieliły się. Nowa pani premier (pierwsza kobieta na tym stanowisku w historii Syjamu-Tajlandii) Yingluck Shinawatra (ur. 1967), która w lipcu 2011 r. wygrała wybory, nie miała wcześniej żadnego doświadczenia politycznego, jedynie biznesowe. A wygrała je dlatego, że jest najmłodszą siostrą popularnego, ale obalonego w zamachu wojskowym, potem skazanego za korupcję i zmuszonego udać się na banicję Thaksina Shinawatra (ur. 1949). Ten fakt ma ogromne znaczenie, także w kontekście powodzi. Albowiem w wyniku kontrowersyjnych rządów Thaksina kraj jest politycznie głęboko rozdarty, a nowa pani premier nie miała do wyborów zaplecza politycznego, korzystając z sieci powiązań odziedziczonej po bracie (który w trakcie kampanii wyborczej, niezbyt fortunnie, określił siostrę mianem „klonu” jego samego). W efekcie Yingluck Shinawatra długo zwlekała i w końcu nie zdecydowała się na wprowadzenie stanu wyjątkowego, co doradzało wielu ekspertów, albowiem na jego mocy do akcji mogłoby wkroczyć - doświadczone w takich sytuacjach - wojsko, a tego właśnie nie chciała pani premier, obawiając się… kolejnego zamachu stanu. W końcu, gdy wielka fala weszła już na przedmieścia Bangkoku, ogłosiła stan klęski żywiołowej - i na jego mocy sama stanęła na czele akcji ratunkowej (w przypadku stanu wyjątkowego jej rola byłaby niepomiernie mniejsza). Z tego właśnie powodu zrezygnowała nawet z udziału w kolejnym szczycie APEC (Asia-Pacific Economic Cooperation) na Hawajach, na udział w którym wcześniej bardzo liczyła, chcąc po raz pierwszy wkroczyć na szerszą arenę międzynarodową i dać się poznać światowym przywódcom (m.in. planowana była jej rozmowa a prezydentem Barackiem Obamą).

Nawet w stanie klęski żywiołowej i wówczas, gdy wielka fala zalewała centrum Bangkoku (ludzi z kilkunastu dzielnic miasta ewakuowano, szkoły i niektóre instytucje pozamykano na kilka tygodni), kontrowersje, jak w tej sytuacji sobie radzić, nadal były ostre i wyraźne. Na przykład burmistrz Bangkoku Sukhumbhand Paribatra nawet nie krył, że ma zupełnie inne priorytety aniżeli gabinet pani Shinawatra. Nie sprzyjało to skuteczności akcji ratunkowej.

Szczytowa fala przyszła do Bangkoku pod koniec października. Miasto na kilka tygodni znalazło się pod wodą. W początkach listopada podano, że liczba śmiertelnych ofiar tej powodzi przekroczyła już 500 osób. Straty materialne są niewyobrażalne i jeszcze trudne do oszacowania. Rząd już obniżył prognozę wzrostu PKB w kraju w 2012 roku z 4,1 do 2,6 proc., przy czym zaznaczono, że nie jest to jeszcze prognoza ostateczna.  Straty w Bangkoku, który sam przynosi państwu blisko 40 proc. PKB, będą szacowane dopiero w początkach 2012 r., ale już teraz wiele firm, w tym japońskich montowni samochodów (Toyota, Honda, Nissan), w chwili obecnej zalanych wodą, już zapowiedziało, że rozważa nawet wyprowadzenie swej produkcji z Tajlandii. W podobne dywagacje wdały się firmy elektroniczne, skupione wokół Bangkoku. Wstępne oceny mówią, że ogólne straty w wyniku tej powodzi mogą sięgnąć nawet 3 proc. PKB kraju. Będą więc znacznie większe niż straty z poprzedniej wielkiej katastrofy tsunami w grudniu 2004 r., gdy PKB Tajlandii zmniejszył się o 0,3 proc. PKB. Relatywnie będą też większe niż koszty katastrofy tsunami i w elektrowni jądrowej w Fukushimie w Japonii w marcu 2011 r. (szacowane na ok. 0,15 proc. PKB).

Przesłanie z tego kataklizmu jest klarowne: koszty politycznych podziałów, a przede w wszystkim braku wyobraźni w kształtowaniu modernizacji i szybkiej urbanizacji kraju mogą być katastrofalnie wysokie. Oby z tej katastrofy wyciągnięto należyte wnioski - w Tajlandii i poza nią.

Redakcja: azjapacyfik@swps.edu.pl. Wykonanie strony: Stanisław Meyer, stan.meyer@uj.edu.pl.